Arabska Wiosna – w którą stronę?

Drukuj

Mijają trzy lata od symbolicznego początku Arabskiej Wiosny. W grudniu 2010 roku w Tunezji, młody obywatel tego państwa Muhammad Buazizi, dokonał aktu samospalenia. Był to  protest  przeciwko złej sytuacji ekonomicznej i co za tym idzie, braku perspektyw do życia. Mało kto wtedy przypuszczał, że ten desperacki czyn stanie się symbolem walki Arabów o lepszą przyszłość. Wkrótce protesty, z początku głównie młodych, rozlały się na niemal cały świat arabski. Od Rabatu po Bagdad, ludzie gromadzili się na wielkich placach, by przeciwstawić się władzy, głosząc hasła: demokratyzacji, wolności, równości i sprawiedliwości. Przyczyn niezadowolenia było wiele, począwszy od pogarszającej się gospodarki, poprzez wszechobecną korupcję, a skończywszy „zmęczeniu materiału” na szczytach władzy. Dużą rolę w przyczynach i przebiegu odegrały „nowe technologie informatyczne”:  demaskatorska strona internetowa WikiLeaks, portale społecznościowe, dzięki którym protestujący mogli się samoorganizować.  Masowe protesty lub masową emigracje młodych Arabów, prognozował już S. P. Huntington na początku lat 90-tych ubiegłego wieku. Inni eksperci stwierdzili, że być może przez świat  arabo-muzułmański  ” płynie” kolejna fala demokratyzacji.

Można się zastanawiać, po tych trzech latach, od początku tamtych wydarzeń, jak Arabska Wiosna potoczy się dalej? W jakim kierunku potoczą się zaowocowane zmiany?

Ale, żeby zadać takie pytania, trzeba odnieść się do obecnego stanu faktycznego. I czy islam i demokracja to pojęcia, które przypadkiem nie stoją na przeciwnych biegunach?

213px-IslamSymbol.svg

Najpierw należy wspomnieć o całkowitej porażce Unii Europejskiej i jej polityki sąsiedztwa południowego. To wychodzący ludzie na ulice, w Tunisie i Kairze i innych miastach, dyktowali warunki tunezyjskim i egipskim władzom na początku 2011 roku. To tunezyjscy i egipscy politycy, głównie opozycji, zarówno liberałowie, konserwatyści i nawet niekiedy fundamentaliści, mają swój udział w obaleniu Ben Alego i Mubaraka. W większości przypadków, europejscy i amerykańscy politycy przyglądali się rewolucjom w tych krajach. Wsparcie okazano dopiero wtedy, gdy na arabskich ulicach leżały już setki ciał, a obalenie władzy było już tylko kwestią czasu. Jeśli chodzi o te dwa kraje, to jego mieszkańcy mogą być z siebie dumni, że z minimalną pomocą z zewnątrz, udało się to, co jeszcze wiele miesięcy wcześniej, byłoby niemal do nie do pomyślenia.

Tam gdzie doszło do obalenia władz, to obecne można stwierdzić, że Tunezja i Egipt przechodzą okres przejściowy. Natomiast Libia i Jemen pogrążają się porewolucyjnym totalnym chaosie.

W Algierii i Iraku, czyli tam gdzie też doszło do masowych protestów a postulaty nie zostały spełnione, tak na razie zostanie. Z prostej przyczyny. Obydwa kraje mają zbyt wielkie doświadczenia wojny u siebie (algierska wojna domowa z lat 90-tych i wojna w Iraku z 2003). W dodatku Irak jest państwem upadłym. Jest jeszcze demokratyczny Liban, którego społeczność też doświadczyła okrucieństw wojny. Z początku protesty wygasły, ale w dużym stopniu Liban jest „związany” z tym co dzieje się w sąsiedniej Syrii.

W Syrii trwa wojna domowa, której końca nie widać. Sytuacja stała się tak skomplikowana wewnętrznie i wielowymiarowa w sensie geopolitycznym, że obecnie nie ma dobrego wyjścia z tego konfliktu. Nie wiadomo jak wojna potoczy się dalej. Destabilizacja
w regionie? Rozpad Syrii? Interwencja? Pytania można mnożyć.

Zdecydowanie spokojniejszy przebieg zdarzeń podczas Arabskiej Wiosny miały społeczności Maroka, Jordanii, Omanu, Mauretanii, Arabii Saudyjskiej oraz Sudanu. Protesty nie przybrały na sile tak jak np. w Egipcie. W kilku z tych państw przeprowadzono reformy i „przetasowania” w rządzie.

W świetle tych wydarzeń w świecie arabo-muzułańskim, należy przypomnieć, że wielkimi graczami w tym rejonie nie są jedynie takie kraje jak Stany Zjednoczone, Francja, Wielka Brytania, Rosja i Chiny, lecz także Izrael, Iran, oraz Turcja. Arabska Wiosna promieniuje poza świat Arabski ( casus wojny w Mali i przeprowadzonej tam zachodniej interwencji, protesty w Iranie, Turcji i Izraelu) oraz po części, w aspekcie wykluczenia społeczno-gospodarczego, w uprzemysłowionych krajach kapitalistycznego Zachodu poprzez Ruch Oburzonych ( głównie: Stany Zjednoczone i Hiszpania).

A teraz postarajmy się odpowiedzieć na zadane w pierwszej części pytanie:

Czy Islam i demokracja to pojęcia, które przypadkiem nie stoją na przeciwnych biegunach?

Niekoniecznie. Uważam, że w bardziej cywilizowanych krajach, gdzie oficjalną religią jest islam, da się stworzyć coś w rodzaju, że tak to ujmę – model demokracji islamistycznej. Co to znaczy? Chodzi głównie o konstytucyjne zapisy, w których byłyby ujęte zarówno prawa i wolności obywatelskie jak i zapisy o charakterze religijnym. Zależy też, jaką interpretacje Koranu, weźmiemy za wprowadzoną odgórnie narrację, która znajdzie swój zapis w takiej konstytucji poszczególnych krajów. Jest to pogląd niemieckiego dziennikarza  Jorga Armbrustera.

Demokracji, nie buduje się z dnia na dzień. Nie zbuduje się jej też w dziesięciolecia. To jest bardzo zawiły i wbrew pozorom bardzo trudny proces, który trwa kilka pokoleń. Zapewne pojawi się też argument, iż Islam nie należy do cywilizacji zachodniej i w tylko w jej obrębie demokracja mogła zaistnieć. Przeczy temu jedna przykład Ameryki Łacińskiej oraz Indii ( i w pewnym stopniu niektórych byłych krajów byłego bloku wschodniego, czy „pograniczy” cywilizacji – Australia, RPA).

Odnośnie praw obywatelskich, to tu dochodzimy też do praw mniejszości, które jak wiemy w większości krajów muzułmańskich są łamane. Żeby oddać sprawiedliwość, to należy też dodać, że nie tylko tam. Łamane są też w Chinach, drugiej gospodarce świata oraz Indiach, najliczniejszej demokracji świata. Wbrew pozorom w krajach arabo-muzułmańskich zarówno krajach Maghrebu jak i Maszreku, nie ma islamu jednolitego. Nie ma też jedności arabskiej. Wiele z tych krajów społeczeństwa są wielokulturowe. Berberowie czy naturalizowani żydzi w Algierii. Riffenowie w Maroku. Koptowie w Egipcie, w swoich wierzeniach odwołują się zarazem do religii starożytnych Egipcjan, Chrześcijaństwa i Islamu. Więc ciężko ich nazwać chrześcijanami, to są po prostu Koptowie. W Iranie mamy Parsów oraz chrześcijańską sektę johannitów. W Mali mamy archaiczne plemię Dogonów. Mamy też ponad 20-25 milionowy naród kurdyjski, który nie może doczekać się własnej państwowości.

To właśnie autorytarne reżimy sprzed Arabskiej Wiosny, nagminnie łamały prawa tych mniejszości. Łamały też prawa swoich własnych obywateli. W Egipcie, sytuacja Koptów, drastycznie pogarszała się od czasów prezydentury Sadata.

Badaniami nad demokracją w krajach arabskich zajmował się Moatanz Abdel Fattach, egipski politolog, jeszcze sprzed Arabskiej Wiosny.

Swoje ankiety Moataz Abdel Fattah zaczął przeprowadzać, na początku  nowego tysiąclecia. Już przed 10 laty większość  z ankietowanych w różnych arabskich krajach nie pragnęła niczego bardziej niż pozbycia się autokratów. W krajach takich jak Egipt, Syria i Maroko obywatele jasno opowiadali się za wybieralnym rządem, przeciw autokratycznym władcom. Tylko mieszkańcy Emiratów i Omanu woleli emirów i sułtanów zamiast wybieralnego prezydenta. Oba te kraje są bogate, ludziom wiedzie się w nich dobrze, a rządy łagodnie modernizują państwo. Kuwejt odbiega jednak od tego wzorca. choć dzięki ropie naftowej jest bogaty, 88 % obywateli wolałoby wybieralny rząd…Badanie wskazuje, że również Iran jest jednym z krajów, którego ludność liczy na demokratyzacje. Fattah uważa, że jego ankiety pozwoliły udowodnić, iż pragnienie jest w wymienionych krajach równie silne, co w Europie. Jedynie Libia, Zjednoczone Emiraty Arabskie, Oman i Arabia Saudyjska odnosiły się do tej kwestii negatywnie, wskazując zadowolenie ze swoich władców. Fattah ze statystyk – jak sam przyznaje, uzyskanych w trudnych warunkach – wnioskuje, że nowocześni muzułmanie i nastawieni pluralistycznie świeccy obywatele stanowią większość w dzisiejszym islamskim świecie. Większość muzułmanów ocenia negatywnie niedemokratyczne wybranych rządzących i domaga się rzeczywistych demokratycznych zasad tworzenia rządów. Według niego większość muzułmanów była gotowa domagać się publicznie politycznych praw, nawet ponosząc ofiary[1].

Analizując, sam badacz, podkreśla, że nie w każdym kraju muzułmańskim, demokracja islamistyczna jest w możliwa do wprowadzenia. Niektóre kraje muzułmańskie będą się demokratyzowały (a będzie to długi wielopokoleniowy proces), inne pozostaną przy autorytaryzmie, a inne przy monarchii. Absolutnie nie jestem zwolennikiem pamiętnej tezy Francisa Fukuyamy gdy walił się system komunistyczny, i że od tego momentu wszystkie kraje na świecie będą się  demokratyzować. Bardziej podzielam pogląd Johna. Gray’a o tym, że część świata będzie się powoli demokratyzować, przy zachowaniu licznych systemów autorytarnych (również w krajach arabo-muzułmańskich).

 Piotr Wildanger

Grafika: pl.wikipedia.org


[1] J. Armbruster, Arabska wiosna. Rewolucja w świecie islamskim, Wrocław 2011, s.  188-189

Czytaj również